poniedziałek Marzec 27th 2017

Ilu z Was już tu zajrzało ?

  • Wszystkich wizyt: 1567
  • Dzisiaj wizyt: 1

Dyscyplina, cesarskie traktowanie, czy co jeszcze…

Uwielbiam gorące kociołki[1]. Uwielbiamy. Ja i mój żołądek. Dziś postanowiłam go nieco rozpieścić i udałam się na lunch do Xiabu Xiabu. Jest to sieć restauracji w całych Chinach, mająca w swym menu tylko i wyłącznie gorące kociołki. Podczas ostatnich zakupów w supermarkecie, odkryłam, że  w budynku usługowym naprzeciwko naszego mieszkania otwarto miejsce z takimi pysznościami.

W to piękne piątkowe południe, nie mając byt wiele do roboty, wzięłam pod pachę zeszłoroczne, świąteczne wydanie „Wysokich obcasów” (do teraz nie mam pojęcia, w jaki sposób udało mi się go nie wyrzucić do śmieci) i poszłam jeść. Tu jeszcze małe wyjaśnienie, dlaczego w piękne piątkowe popołudnie nie miałam żadnych zajęć. Otóż, na mojej uczelni odbywał się festiwal kultur – cykliczna impreza,  podczas której uczniowie tych samych narodowości łączą się w grupy i od rana do wieczora dumnie reprezentują swój kraj, jego kulturę i obyczaje.  A że jestem jednym z dwóch obywateli Polski na swoim uniwersytecie, doszłam do wniosku, że poradzą sobie bez nas (piszę bez nas bo drugi obywatel RP, także na festiwal się nie wybierał).

Weszłam do Xiabu Xiabu, usiadłam na wysokim stołku przy wspólnym dla wszystkich gości stole i zamówiłam łagodny rosół z masą „Yingyang”[2], czyli pełen wartości odżywczych. Wybrałam warzywa, tofu, makaron ryżowy i cierpliwie czekając, aż mój rosołek zacznie wrzeć, zajęłam się czytaniem artykułu „Wychowanie a sprawa narodowa”, rozprawiającym na temat tego, który sposób wychowania jest najlepszy dla dziecka – azjatycki, francuski czy amerykański .  W tym czasie, na sąsiednim stołku, awanturował się mały Changchang.

„Zamów więcej jagnięciny! Zamów więcej jagnięciny! Chodźmy już! Nudno mi! Słyszałaś co mówię?”. Podejmowane przez rodziców próby racjonalnego wytłumaczenia Changchangowi, że nie można zamawiać więcej jedzenia, niż jest się w stanie zjeść, a także powtarzane w kółko prośby żeby się uspokoił i grzecznie poczekał aż mama i tata zjedzą, spełzały na niczym. Changchang psotnik biegał wokół wielkiego stołu i wydawał niezidentyfikowane przeze mnie okrzyki.

„(…)Chińskie wychowanie to: wysokie wymagania, ograniczenie wolności, brak możliwości wyboru i żelazna konsekwencja(…)”[3] – mój wzrok padł na wytłuszczony fragment artykułu. Aha.

À propos Changchanga i wychowania w stylu chińskim – podczas czytania przypomniał mi się incydent sprzed dwóch tygodni. Późny wieczór, godzina dziesiąta. Jesteśmy z moim kochanym w domu. Myję zęby. Nagle słyszę histeryczny płacz na klatce schodowej. Jestem trochę zaniepokojona, ale nie reaguję. Mój kochany, natomiast, wpada do łazienki : „Słyszałaś to?”. „Tak. Jakiś płacz i krzyki. Wyjdziesz sprawdzić, co się stało?” – mówię ze szczoteczką w ustach, dzięki czemu mój chiński akcent brzmi bardziej pekińsko.

Na klatce, tuż naprzeciwko naszych drzwi, siedzi w ciemności przerażona i zapłakana dziewczynka. Mama nie pozwala jej wejść do domu bo nie odrobiła pracy domowej. Mój kochany uspokaja ośmiolatkę i mówi, że poczeka z nią, aż mama się pojawi. Bierze do ręki mały stołeczek z przedpokoju, na którym zazwyczaj stawiamy śmieci do wyniesienia i stawia na progu mieszkania. Dziewczynka siada na stołku, łykając powietrze i wciągając smarki, powtarza: „Dziękuję wujku, dziękuję wujku”. Wychodzę z łazienki, biorę opakowanie ciasteczek, ciepłe mleko i siadam razem z nimi…

Dochodzi godzina jedenasta. Udało nam się trochę uspokoić i rozbawić małą. Obiecałam, że zawsze, gdy  będzie miała problem z angielskim to służę sąsiedzką pomocą. Mój kochany dał małej delikatną reprymendę, mówiąc, że pracę domową trzeba odrabiać na czas blablabla. Po półtorej godzinie siedzenia na klatce, drzwi naprzeciwko nas otwierają się. W progu staje mama. Dziewczynka znów wpada w histerię. Tym razem bezgłośną, z głową spuszczoną i prawie zamkniętymi oczami. Mama podchodzi do naszych, otwartych na oścież drzwi. „Dziękuję bardzo. Nie wiem, co mam zrobić. Ona w ogóle się nie uczy. Odrobienie pracy domowej zajmuje jej kilka dni, podczas gdy innym dzieciom jeden wieczór”.

O problemach w szkole małej dyskutowaliśmy przez kolejne pół godziny. Dziewczynka stała u boku mamy milcząc, co chwilę tylko, zwracając się do mnie „ciociu”(czego nie lubię, ale w Chinach wszystkie dzieci tak mówią i kropka), a do mojego kochanego „wujku”, dziękowała po raz pięćset dwudziesty drugi. „Ale dobrze wychowana dziewczynka, ale jaka przestraszona” mówi mój kochany, kiedy  już w końcu zamknęliśmy za sobą drzwi…

Wracając do moich kociołkowych pyszności. Trochę siorbiąc wciągam kolejną nitkę makaronu. Czasem nie da się nie siorbać. Ale na szczęście jestem w Chinach i wszyscy wokół też siorbią. Przepraszam mamo, dobrze, że tego nie słyszysz.

Mały Changchang osiągnął w końcu swój cel. Rodzice nie zjedli do końca, zakładają płaszcze i wcześniej niż przewidywali udają się do wyjścia. Goście zaczęli skarżyć się na naganne zachowanie Changchanga, co spowodowało zażenowanie rodziców i podjęcie przez nich decyzji o natychmiastowej ewakuacji.

 A zatem: czy można mówić w Chinach o jednym ustalonym modelu wychowania dzieci? Czy w jakimkolwiek kraju można o nim mówić, zważywszy na fakt, iż każdy człowiek jest inny, każdy ma inne doświadczenia z dzieciństwa i inny pomysł na ukształtowanie swojego podopiecznego. Podobno Francuzi policzkują swoje dzieci gdy te zachowują się nieodpowiednio, a francuskie matki nie poświęcają całego swojego czasu na opiekę nad dzieckiem, skupiając się przede wszystkim na realizacji swoich celów zawodowych. Podobno Amerykanie mają bardzo luźne podejście do wychowania dzieci. Podobno chińskie matki są najbardziej surowe i jednocześnie najbardziej zaangażowane w wychowanie i edukację swoich dzieci. Podobno, podobno, podobno. Według psychologów. Według pedagogów. Według statystyk. Według, według, według…

Do  starszych od nas, często zwracamy się per „ciociu”, „wujku”. Zarówno w Polsce, jak i w Chinach istnieje taki zwyczaj. Moja mama, natomiast, nigdy go nie lubiła. Poskutkowało to tym, iż do każdego znajomego moich rodziców zwracam się po imieniu. No i co z tego?

Co właściwie świadczy o złym wychowaniu lub dobrym wychowaniu? Co to jest złe wychowanie? Poczekajmy, aż sami będziemy mieli dzieci… Tylko błagam, nie dajmy się zwariować.

Marta Wincza


[1] Gorący kociołek – hot pot –; 火锅  huŏguŏ – danie, składające się z rosołu (do wyboru: ostry, łagodny) , surowych warzyw (marchewki, szpinaku, sałaty, kapusty, rzepy itp.), tofu (do wyboru do koloru), makaronu i surowego mięsa (wołowiny, jagnięciny, ewentualnie owoców morza). Składniki, które wrzucamy do gotującego się przed nami rosołu wybieramy sami. Polecam. Oprócz tego, że zdrowo, to i zabawa przednia. Miejsce z hot potami można znaleźć w Warszawie na ulicy Mokotowskiej (Szabu Szabu).

[2] 营养

[3] Wysokie Obcasy Extra, nr 6(15) grudzień 2012, Wychowanie a sprawa narodowa, str 102.

Pojęcie piękna, czyli nie ładne to co ładne, ale to, co się komu podoba

Pamiętam, jak przez pierwszy miesiąc po przyjeździe do Państwa Środka przechodziłam przez  mozolny proces przyzwyczajania się do wszystkiego, co chińskie. Pomimo odbytych studiów sinologicznych i trzech lat na oswojenie się (co prawda, w teorii, a nie „u źródła” bo w Warszawie) ze światem dalekiego wschodu, 13 września 2012 roku czyli w dniu, w którym moje stopy pierwszy raz dotknęły chińskiego gruntu, okazało się, że niewiele wiem i jeszcze mniej rozumiem.

Do chińskiej rzeczywistości musiałam przystosować nie tylko swój żołądek (aż się wzdrygam na samo wspomnienie tych pierwszych tygodni),  ale i próg cierpliwości w tak przyziemnych sprawach jak np. podróż metrem (brak zasady „prawej strony” podczas wchodzenia po schodach, czy poruszania się po korytarzach tej wielkiej konstrukcji, jaką jest pekińskie metro, nie raz przyprawiło mnie o niekontrolowany napad szewskiej pasji). Musiałam zmienić swoje nastawienie w kwestii estetyki, która jeszcze przed wyjazdem do Chin, przerodziła się już w zaawansowaną nerwicę natręctw. Woń toalet publicznych, wyczuwalna z odległości kilometra, zapach „śmierdzącego tofu”[1] (do którego naprawdę nie czuję już takiego wstrętu, jak zaraz po przyjeździe do Chin),  czy wdychana razem z powietrzem do płuc  pekińska mieszanka o nieznanym mi składzie, posiadająca czasem specyficzny, nieco octowy dla mnie posmak, przestały wzbudzać we mnie obrzydzenie i stały się, chcąc nie chcąc, tłem mojego chińskiego życia. W końcu przyjęłam postawę antyfrancuskiego pieska. Bo co takiego się stanie, gdy raz na jakiś czas wysikam się w obskurnym miejscu, czy przechodząc przez ulicę będę musiała zatkać nos? Cóż takiego to zmieni w moim życiu, się pytam?

Jadę metrem do pracy. Inwencja twórcza kobiet mieszkających w Pekinie w kwestii ubioru naprawdę mnie zadziwia. Do metra wsiada dziewczyna, na oko w moim wieku. Jej ubiór sprawia, że nie mogę przestać się gapić. Wyciszam dźwięk w telefonie i ukradkiem cykam zdjęcia.  To takie moje małe chińskie zboczenie. Każdy jakieś ma. Moja znajoma, która cały ubiegły rok spędziła w Szanghaju, po powrocie do kraju, poszczycić się mogła albumem fotek „chińskich piżam na ulicy”[2]. Styl ubierania się, malowania  i wizerunku kobiet w Chinach, to jeden z elementów, do którego, mieszkając w Państwie Środka, również musiałam się przyzwyczaić.

Błyszczące, odblaskowe, koronkowe, złoto-srebrne. Nic nie pasuje do niczego. Im więcej wzorków, tym lepiej.  Torba Lułi Witą obowiązkowo. Na paznokciach istne dzieła sztuki: ciasteczka, uśmiechnięte minki, trójwymiarowe, kryształowe serduszka, kolorowe kwiatuszki. Makijaż dość mocny, przedłużone rzęsy, narysowane brwi. Odcień skóry na szyi nie zawsze zgodny z tym na twarzy (buzia aż nadto „wybielona” przez kosmetyki, szyja natomiast, w naturalnym, ciemniejszym kolorze. Co ciekawe, w Polsce zauważyłam odwrotne zjawisko – odcień fluidu, nakładanego na twarz jest z kolei ciemniejszy niż naturalny). Widok przyprawia mnie o zawrót głowy. Dostaję oczopląsu.

Na pomysł poruszenia tematu wyglądu kobiet w Chinach wpadłam wczoraj. Ze względu na lekkie przeziębienie, postanowiłam zostać w domu, oglądać filmy, pić herbatę z imbirem i się leczyć. Po trzygodzinnym seansie „Ciekawego Przypadku Benjamina Buttona”, usiedliśmy z moim kochanym przed komputerem i na Renren Wang (chiński odpowiednik facebooka)[3] , z nudów, zaczęliśmy  oglądać ludzi. „O rany, ale ładna” – mówiąc, z wrażenia prawie spadłam z kanapy. „Co? Zwariowałaś? Jak ona wygląda? Skóra ciemna jak noc, małe oczka i czarne włosy. Na dodatek przy kości”. Tak było przy każdym kolejnym zdjęciu. Ja zachwycałam się  naturalnością i świeżością wyglądu niektórych Chinek, które, prawdopodobnie, po wstaniu rano nie muszą się malować ani poddawać twarz jakimkolwiek domowym zabiegom upiększającym bo i tak wyglądają fajnie. Mój kochany, natomiast, poproszony o wskazanie choć jednej, jego zdaniem, piękności chińskiej, pokazał mi profil znajomej. Tym razem spadłam z kanapy. Ze zdziwienia oczywiście i niedowierzania zarazem. Włosy, farbowane na nienaturalny, brązowawy kolor, tona białej masy, nałożona na twarz, brokat na powiekach. Wielkie oczy, a w nich, optycznie jeszcze je powiększające szkła kontaktowe. Pozująca do zdjęcia młoda dziewczyna, pokazując dwa palce (typowa poza do zdjęć, przyjmowana przez większość Azjatów) wykręca dziwnie usta w chiński rulon. Nie umiem inaczej opisać kształtu, jaki przybierają jej wargi, ale zauważyłam, że bardzo dużo chińskich nastolatek robi dokładnie tak  jak ona. Osobiście, trochę kojarzy mi się to ze „słitaśnym” misiem pluszowym. Zalał mnie natłok myśli,  ale nie komentowałam ich na głos, żeby nie sprawić przykrości mojemu kochanemu. Wykazując międzykulturowe zrozumienie poszłam sobie zrobić kolejną herbatę. Przy wsypywaniu listków do kubka, naszła mnie myśl, której  nie mogę się pozbyć do teraz: Dlaczego w takim razie mój chłopak zwrócił na mnie uwagę? W kwestii bladości wszystko się zgadza, ale mój ubiór w oczach Chińczyków pozostawia wiele do życzenia. Wyznając zasadę ”im prościej tym lepiej, ładniej, naturalniej”, wychodząc z założenia, że najlepiej wygląda się  w dżinsach, białym podkoszulku i trampkach, nagle zdałam sobie sprawę, że teoretycznie nie powinnam podobać się obywatelom Państwa Środka.

Co zatem znaczy dobry gust w Chinach? Dlaczego tak bardzo różni się od tego zachodniego? A co za tym idzie, co właściwie znaczy „płeć piękna” w ujęciu chińskim? Tego pewnie ani ja, ani żadna Europejka nigdy nie stwierdzi. Może w tym wypadku zadziałała egzotyka… :)   Nie wiem. Najważniejsze że codziennie rano mój ukochany uśmiecha się do mnie, a nie do chińskich lalek z papieru i brokatu. Amen.

 

Marta Wincza

 

 

 


[1] 臭豆腐 – Chòudōufu – nazwa potrawy to dosłownie „śmierdzące tofu”. Spotkać ją można na ulicach Pekinu, praktycznie w każdym miejscu. U turystów powoduje niekiedy odruchy wymiotne.

[2] W Chinach, bardzo często spotkać można Chińczyków, przechadzających się po ulicach czy robiących zakupy w supermarkecie , mających na sobie strój, przypominający „naszą” piżamę (góra i dół wykonane z tego samego materiału i o tym samym wzorze).

[3] 人人网

 

 

Dwa światy, ten sam Pekin

 

Ciepły, jesienny dzień roku 2013 w Pekinie. W słynnym centrum handlowym, nazwanym „Wioską Sanlitun”, oazie dla zmęczonych chińszczyzną obcokrajowców, wybija godzina dwunasta. Ulice pustoszeją, w metrze nie ma przesadnego tłoku. Na dziedzińcu wielkiego kompleksu handlowego robi się naprawdę tłoczno. Większość zmierza do restauracji.  Godzina dwunasta w Chinach oznacza tylko jedno – jedzenie. Dzieci bawią się w fontannach, podczas gdy ich mamy na siłę próbują wcisnąć im do buzi kolejny jogurt, banana albo suszoną śliwkę.  Ja też uległam temu chińskiemu nawykowi i gdy tylko dochodzi południe, mój żołądek wręcz domaga się kalorii. W supermarkecie na poziomie -1 kupuję sushi. Przerażają mnie ceny dań w sanlituńskich restauracjach. Gdy dotarło do mnie, że jeśli chcę zjeść zwykłą sałatkę w „zachodnim stylu”, za która w Salad Story zapłaciłabym prawdopodobnie jakieś 14,99 zł., tu, będę musiała zapłacić dwa razy tyle. Nauczona przez najlepszą przyjaciółkę oszczędności (był to wprawdzie długo trwający proces, ale zakończony powodzeniem, jak widać), postanowiłam, wydając tylko 11 juanów, czyli około 5 zł., zasiąść ze swoim tykwowym sushi na świeżym powietrzu i spożywając posiłek, poobserwować sobie przechodniów, nie będąc posądzonym o bezpodstawne gapienie się na nich. Zresztą, enklawa restauracyjna nie daje takich widoków, które gwarantuje taka ot, sobie ławka. A co widać spod pudełka sushi? Nienagannie ubrani mężczyźni, ze swoimi „przepysznie” ubranymi partnerkami u boku. Ewidentnie znudzeni ciągłym wyciąganiem karty z portfela. Dzikie tłumy piętrzące się w dwupoziomowym Apple Store. Biegnące kolejny maraton „białe kołnierzyki z iPhone’ami”. Blond włose, zdesperowane zagraniczne „piękności”, przechadzające się kusząco po Wiosce, liczące na to, że zauważy je jakiś chiński pseudo artysta z aparatem  fotograficznym „drugiej szczęśliwej generacji”[1]. Banknoty stu-juanowe wylewają się strumieniami z portfelów. Wszędzie widać pieniądze.

Wioska Sanlitun usytuowana jest na północnym wschodzie Pekinu, 5 minut piechotą od stacji Tuanjiehu (10 linii metra). Nieopodal, swoje siedziby ma większość inwestujących w Chinach firm zagranicznych, stąd też towarzystwo na deptaku. Przechodzący obok czarnoskórzy mężczyźni lustrują mnie wzrokiem. Słyszałam, że często szukają zagranicznych młodych dziewczyn, chętnych do wykonywania najstarszego zawodu świata, obiecując im zarobki nie z tej ziemi. Nie wiem czy to tylko mój typowo już chiński przejaw rasizmu, czy Ci panowie rzeczywiście mają coś na sumieniu. Tak czy inaczej, staram się nie patrzeć im w oczy, tym samym zniechęcając do rozpoczęcia rozmowy. Znajdując się w tym tętniącym na każdym kroku pieniądzem miejscu, popijajam kolejny kęs tykwowych pyszności „prosto z Japonii” wodą niegazowaną i przypominam sobie ostatnią sobotę. Robi mi się dziwnie.

Towarzysz mojego pekińskiego życia: młody, ambitny, pełen pomysłów i energii rówieśnik z chińskim paszportem, którego poznałam na Drugim Uniwersytecie Języków Obcych, otrzymał w poprzedni czwartek propozycję prowadzenia imprezy promującej pestki dyni. Jakkolwiek absurdalne wydaje się być organizowanie takiego wydarzenia, należy podkreślić, że tutaj, wszelkiego rodzaju pestki (dyni, słonecznika) są ukochanym produktem Chińczyków. Kiedy my w barze jemy popcorn albo nachos, Chińczycy podgryzają pestki, wypluwając łupinki gdzie popadnie. Wierzcie lub nie, to naprawdę ma swój urok. Ale wracając do eventu. Cała impreza ma trwać dwa dni. Oprócz darmowej degustacji różnego rodzaju smaków, tych samych wszakże pestek dyni, zaplanowano również konkurs jedzenia (kto szybciej zje talerz pestek wygrywa kubek i darmowe paczki pestek do degustacji w domowym zaciszu), kabaret z udziałem człowieka z Dongbei, posługującego się specyficznym akcentem oraz śpiewy i oczywiście ciągłe zachęcanie do KUPIENIA PESTEK ! Mój kochany na prowadzenie imprezy zgodził się bez wahania, głównie ze względu na sowite wynagrodzenie. Właściwie tylko ze względu na nie. Po pierwszym dniu wrócił przybity i lekko poirytowany. Na pytanie: „Jak tam?” odburknął : „Jezu (tak, nauczyłam go tego bardzo przydatnego zwrotu, którego podobno nie można wzywać nadaremno, ale które obok innych ciekawych polskich słów idealnie oddaje różnego rodzaju nastroje), co za wieś!” Nie wspomniałam, że owe wydarzenie zorganizowane zostało na przedmieściach Pekinu, około godziny jazdy autobusem z Dongzhimen. Nie mogąc zrozumieć o co chodzi, ale nie chcąc psuć mu humoru swoim sinologicznym dociekaniem wszystkiego co chińskie, wypaliłam: „Jutro jadę z Tobą!”. W jego oczach  zapaliła się iskierka. „Dobrze, to może być dla Ciebie naprawdę ciekawe doświadczenie” – rzucił przez ramię nalewając sobie soku i uśmiechnął się smutno.

Rano wstaliśmy bardzo wcześnie, zjedliśmy śniadanie w zachodnim stylu, do którego mój kochany wciąż jeszcze nie może przywyknąć i wyruszyliśmy na podbój pekińskich przedmieść!  Tutejsze metro jest fenomenalne, zwłaszcza, gdy ma się je niecałe 5 minut od mieszkania. Przesiadaliśmy się tylko raz. Wysiedliśmy na wspomnianej już wcześniej stacji Dongzhimen, spotkaliśmy się z przyjacielem mojego kochanego, również zaangażowanym w całe przedsięwzięcie i ruszyliśmy w kierunku przystanku autobusowego. Będąc w Pekinie od ponad roku i poruszając się po tym gigantycznych mieście z populacją wielkości całej Polski, zawsze korzystałam z metra. Do tej pory myślałam, że  dochodzi ono wszędzie. Podczas jazdy autobusem, przypomniała mi się moja podróż szybkim pociągiem do Szanghaju na początku tego roku. Niesamowicie szybko obraz wielkiego, tętniącego życiem, bogatego miasta, przeobraził się w zabitą dechami wieś, domy przypominające ruinę i szare pola uprawne. Prędkość pociągu, którym jechałam do Szanghaju, sięgała 352 km/h. Autobusem na przedmieścia Pekinu w ten zasmogowany poranek, poruszaliśmy się z prędkością kilkukrotnie niższą. Maksymalnie jechaliśmy 60, może 70 km/h. Niemożliwe. Już wcześniej zdawałam sobie sprawę z ogromnej przepaści między bogatym miastem, a biedną wsią. Jednak, jak mówi stare polskie powiedzenie: „Czego oczy nie widzą tego sercu nie żal”, nie zaprzątałam sobie tym zbytnio głowy. Co ciekawe, nasze przysłowie (o czym dowiedziałam się na ostatnich zajęciach) znajduje też odzwierciedlenie w języku chińskim.[2]

Ale wracając do przepaści między bogatym miastem a przedmieściami, do których w końcu dotarliśmy. W internecie znalazłam ciekawy artykuł, Eugeniusza Kopcińskiego, w którym napisał on, że

Według zestawienia magazynu „Hurun Report”, w Chinach mieszka 2,7 miliona milionerów i 251 miliarderów, licząc w dolarach amerykańskich. Tymczasem – jak wynika z danych ONZ – 13 procent Chińczyków żyje za mniej niż 1,25 dolara dziennie. Średnie zarobki w chińskich miastach wynoszą zaledwie 21,8 tys. juanów rocznie ( czyli ok. 11 tys. zł).[3]

I nie są to dane przesadzone. Moje odczucia po opuszczeniu autobusu były  tym silniejsze, bo wiedziałam, że miejsce, w którym się znalazłam to wciąż Pekin, czyli teoretycznie nadal MIASTO! Krajobraz nie przypominał jednak niczego, co znane mi było na co dzień, a ludzie mówili z jakimś dziwnym akcentem. Zasmogowana ulica, na chodnikach stoiska z owocami, warzywami, sprzętem AGD, żarówkami. Jednym słowem, mydło i powidło. Spojrzenia, pozdrowienia oraz ciche komentarze przechodniów (do których, jako blada blondynka w Chinach właściwie już przywykłam) nagle stały się bardzo uporczywe. Wszystko przez moją patologiczną empatię.

Gdy tak stałam i patrzyłam na aktora na scenie rzucającego w tłum zasapanych lokalsów małe paczuszki z pestkami dyni i las rąk, zabijający się o owe 50 pestek, zrozumiałam, co miał na myśli mój kochany mówiąc, że w najbliższej przyszłości, ani w sumie nawet w dalszej, Chiny nie mają szans na demokrację. „Bo kto pozwoliłby niewykształconym ludziom, totalnej ciemnocie decydować o losach tak wielkiego kraju?” Bo o tym, że biedniejsi nie mają tu szans otrzymania świadczeń socjalnych, ani edukacji, na którą ich po prostu nie stać, już nie wspomnę. I tak w XXI wieku, w mekce potęgi gospodarczej, rośnie sobie następne pokolenie, których rodzice także nie mieli pieniędzy na edukację. Bez żadnego potencjału, żadnej szansy na rozwój, lepsze życie i zmiany. Te dwa współistniejące obok siebie światy, kolorowy, złoty, pełen przepychu Sanlitun i biedne północne przedmieścia Pekinu, to kwintesencja współczesnych Chin – jednych, bardzo solidnie tkwiących w XXI wieku, oraz drugich, uwięzionych bezwiednie w XIX stuleciu…

 

Marta Wincza

 

两面社会

2013年,北京,秋初乍寒还暖的一天。在三里屯,对西方人来说,一个和老家差不多的地方,到中午十二点了,街上人不多,地铁里也是。但是在三里屯的广场上门庭若市。他们只是路过,我确定他们的目的地是饭馆。在中国十二点是吃饭的时间。孩子们在喷水池玩时,妈妈在旁边待着,强迫他们的孩子就再只多吃一个香蕉,酸奶或小李子。说实在的,我也被这个中国的习惯影响了。到十二点时,我的肚子非要吃不可,所以我就为它在地下一层的超市买了寿司。因为三里屯饭馆里菜的价格太可怕了。所以我花了11元之后决定在外面找一个可以坐的地方,在那吃饭,观测路过的人。我看到穿看起来特贵的衣服男人牵他女朋友的手逛街,猜测他总是把他的银行卡拿出来给他的女人刷,但得到的尽是无聊的感觉。二层的苹果商店里的人海,从来如此。还有些人,穿正装,一直打电话,参加一场工作上的马拉松赛,这些都是生活压力巨大的中年老百姓啊。金发,“漂亮”的外国女孩希望被一个富二代或装逼的摄影师看到。到处很富有。吃中午饭,喝水时,我突然想起上个周六,一下子心情变成得不好了。

上个周四我现在生活的伴侣,一个既有抱负,又活泼聪慧和我一样岁数在我上的学校认识的男人,得到了一个促销南瓜子活动的主持人的工作机会。对我们西方人来说,促销南瓜子听起来比较奇怪。但是呢,吃瓜子是中国人生活中的一大部分。我们西方人去酒吧时,除了喝酒以外,吃炸土豆片,中国人吃瓜子。活动主办方安排的环节不少,比方快速吃南瓜子的比赛—都是为了让人花钱。结果没人买,因为得到免费的一包太容易了。我的爱人之前没多想,因为他们给的钱不少。活动的第一天过去了,老公回到了家。我一看他,知道他的心情不好,问”怎么回事?”他除了“农村”这个词,别的都没说。对,我忘了说,这个活动是在北京郊区,顺义高丽营举行的,从东直门坐公车到那大概一个小时。其实,我没听懂他的意思,也不想因为我这个深爱中国文化的老外的好奇让他更难过。“明天我可不可以陪你去?”他浅笑着回答了我“行,这个对你来说肯定会是一种很有意思的体验”。

翌日,我早晨六点起了,吃了我的男朋友还没习惯的西式早饭之后,坐地铁去东直门,自东直门坐公车直接到了那。坐公车时,我忽然想起了我今年一月坐快动车去上海时,从华丽气派,大气磅礴的城市开出,一下子变成了一个特别穷,可怜的农村。这使我突然得到了一样的感觉。最可怕的是动车的速度是352km/h,我们坐的公车的速度不到70km/h!而且我们还是在北京! 这不是个农村,但就像农村似的!之前,我知道大城市和小农村的现象,知道它们之间的差别,但中国人有一个说法:眼不见,心不烦。一个波兰的科学家叫Eugeniusz J. Kopciński在他的文章提出:“按照胡润报告,现在的中国有两百七万个富翁和251个亿万富翁。同时按照ONZ的统计,百分之十三个中国人每天之花1,25美元生活费。根据ONZ的统计我们也能看到,每年老百姓的大概的收入不到两万人民币”。

所以呢,我在站着,看我的男朋友表演,然后看在台上一个穿东北特色衣服的男人想给观众送些小袋包装的南瓜子。观众的行为就像动物一样,非要抓到这个小品尝包,这个小礼物在他们眼里好像是世界上唯一个追求。其实,真的是……那时我才明白我的亲爱的说的话:“中国目前没法成为一个民主的国家,怎么可能让这样的人投票,让他们决定国家的事?”没上学的人,没出息的人,没希望的人。他们的孩子日后会是什么样的人?没钱存,他们的孩子也没办法上学,下一代人就像他们父母一样生活在社会最底层。

这两个同时存在的世界,花花绿绿,高楼林立的三里屯和穷,脏,失望的“北京郊区”,这就是中国的一种特点。 第一个已经在二十一世纪,第二个还没到十九……

 

杨马乐

2013.10.13.

 

 


[1]  副二代  - Fúèrdài – oznacza dzieci bogatych rodziców.

  [2] 眼不看,心不烦

[3] http://www.rp.pl/artykul/971599.html , z dnia 12.10.2013 r.